Samotność jest najgorsza, zwłaszcza jeśli się jest samotnym przez większość życia. Co to za życie trwające już prawie 400 lat... Nie ważne jak się bardzo starasz zawsze będzie się potępionym. Zawsze będzie się potworem....
Brzask poranka. Jedne z najpiękniejszych widoków. Czasami jednak nudny kiedy go oglądasz przez cztery wieki.
Evelyn przemierzała kolejne kilometry swoim czarnym, lśniący autem. Samotnie, jak zawsze. Jechała w poszukiwaniu nowego miejsca, w którym może uda jej się zacząć wszystko od nowa. Poznać jakąś przyjaciółkę.... Przyjaciela.
Kiedy nad tym rozmyślała jej oczom ukazał się napis: WELCOME IN BLACK FOREST.
Czas stawić czoła przeszłości. Szybko dodała gazu i połknęła prostą ulicą do miasta.
***
Nie każdy poranek jest miły. Zwłaszcza ten na kacu. Taki właśnie się natrafił Williamowi. Udany wieczór i noc z przyjaciółmi. Poranek beznadziejny i samotny.
Will leniwie z czołgał się po schodach do kuchni dla personelu. Rodzina Williama posiada od kilku pokoleń znakomity pensjonat w Blask Forest.
-Proszę. -Pani Wood podał synowi szklankę z 'lekarstwem' na kaca.
Will posłusznie wypił autorsko nazywane przez niego Cholerne Świństwo.
-William wiesz że drewno samo się nie narąbie i nie przyniesie? -Zapytał żartobliwie pan Wood, który właśnie wszedł do kuchni.
-Ja się sam narąbałem to drewno nie może? -Odpowiedział pytaniem,
-Tak ale ciebie przynosili.... W trzech bo wolałeś sobie tańczyć w fontannie. -Skwitował ojciec i wręczył mu siekierkę.
Will wychodząc zadzwonił po Matta żeby go podwiózł do lasu. Pensjonat, a las znajdowały się po przeciwnych stronach miasta.
-Stary dzięki! -Powiedział Will do Matta, który siedział na masce samochodu. Chłopak tylko się uśmiechnął na jego słowa.
Pogoda była wymarzona na rąbanie drewna. Słońce świeciło, a miły wiaterek lekko schładzał spocone już barki Williama.
***
Black Forest rozrosło się ale rynek czyli najstarsza część miast pozostała bez zmian. Widać, że każdy budynek przeszedł solidne renowacje lecz klimat pozostał ten sam.
-No nic trzeba znaleźć nocleg. -Powiedziała sama do siebie i skręciła w mniejszą uliczkę kierując się znakiem: DO PENSJONATU FOREST HOUSE.
-Czy w tym mieście wszystko musi mieć związek z tym przeklętym lasem! -Wykrzyknęła sama do siebie.
Po niespełna 5 minutach dojechała na miejsce. Trzeba przyznać, że pensjonat bardzo dobrze oddawał klimat miasta.
-Dzień Dobry! -Zawołała wchodząc do salonu. Po jego prawej stronie znajdowało się biurko z napisem recepcja. Wnętrze było przecudowne.
-Witam! Jestem Lucy Wood. Witam w naszym pensjonacie. W czym mogę pomóc?
-Ma pani może mały jednoosobowy pokoik? -Zapytała, rozkładając się po wnętrzu.
-Tak mamy wolny na ile dni?
-Na ile jest możliwość? -Zapytała z uśmiechem na twarzy.
-Na ile pani zechce. Pokoik nie jest używany. Rzadko kto do nas przyjeżdża sam. -Uśmiechnęła się do Evelyn przyjaźnie.
-Wezmę na razie na tydzień.
-Oczywiście. Imię i nazwisko proszę.
-Evelyn Small.
***
Pogoda mimo upływu godzin wciąż była piękna.
-To zaniesiesz później koło kominka! -Zawołała pan Wood do syna, który kończył układać paliki drewna.
-Oczywiście szefie! -Zażartował młody Wood.
Po około pół godzinie oboje wrócili do środka pensjonatu. Niedługo potem zaczęło się już lekko chmurzyć, a deszcze polał się z chmur.
-Oo! Kochanie zapomniałam Ci powiedzieć. Mamy nowego gościa w pensjonacie. -Zaczęła pani Lucy kiedy w trójkę siedzieli w swojej kuchni.
-Któż to wynajął jedynkę? -Zapytał z lekkim zdziwieniem jej małżonek, który popijał letnią kawę i przeglądał dzisiejszą gazetę.
-Evelyn Small.
-Coś mi mówi to nazwisko. -Wtrącił Will.
-Tak mi też... -Odrzekł z zamyślenie jego ojciec, przewracając kolejną stronę gazety.
-Nie jestem pewna... Ale chyba jedna z najstarszych rodzin Black Forest się tak nazywała. -Stwierdziła kobieta.
***
Evelyn siedziała na swój łóżku i spoglądała na gwiazdy przy otwartym oknie. Chłodny wiaterek był bardzo przyjemny o tej porze. Patrząc w gwiazdy dziewczyna wspominała te lepsze chwile w Black Forest. Gdy pomyślała o tym jak przekonała się, dlaczego to miejsce...ten las noszą tą nazwę, jej oczy napełniły się łzami. Nie minęło kilka sekund łzy przeniosły się na jej policzki. Spływały delikatnie i pomału.
-Evelyn Small. Dusza potępiona. Wampir... -Wyszeptała przez łzy, a ostanie słowo wypowiedział tak cichutko, że słyszała je tylko ona.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz